First snow. Last possibility.
13 września 2011 21:19:57

Błądzę pośród drzew. Z trudem przeciskam się między nimi. Pod palcami czuję twardą, szorstką korę. Żywica klei mi palce, pokrywa dłonie. Zaciągam się jej intensywnym zapachem. Czuję jak powoli wypełnia mój organizm. Przenika mnie, kręci w nosie. Oczy zaczynają łzawić. Czerwone od ciągłego pocierania.

Zwalniam. Opierając się o drzewo spoglądam do góry. Próbuję dojrzeć niebo. Jego intensywny błękit. Tak dawno go nie widziałem. Gałęzie wszystko mi zasłaniają. Igły kłują odsłonięte kawałki skóry. Brnę dalej. Głębiej. Wyciągam resztki wspomnień. Strzępy, które przypominają o niewyobrażalnym bólu. Dławię się żalem. Tym samym, który kilka dni wcześniej mnie wykończył. Znowu chciałem się poddać. Odpłynąć. Przestać czuć. Jednak nie potrafiłem.

Płuca intensywnie pompowały do organizmu mieszankę stęchłego powietrza ze świeżą żywicą. Powoli opuszczam głowę i ruszam przed siebie. Chcę wreszcie stąd uciec i wrócić do swojego świata.

08 września 2011 20:56:53



Czasami nie wiem jak to wszystko ogarnąć. Znowu zbliża się pora długich i męczących dni. Wszystko zacznie się rozmazywać. Długie wieczory nie pozwolą mi odetchnąć. Pewne rzeczy znów o sobie przypomną. Będzie dziwnie. Jak zawsze.

Chyba muszę się stąd wyrwać. Miałem to zrobić jakiś czas temu. Ale nie miałem okazji. I odwagi. Teraz też jej nie mam, ale za to mam okazję. Chyba, że znowu stchórzę. Muszę spróbować. Choćbym miał żałować. Nie mam żadnych celów, nie potrzebuję. Nie chcę. Nie wiem. A to źle. Mam tego świadomość, ale nie potrafię nic z tym zrobić. Tak mi wygodniej.

Żyję monotonną codziennością. Czuję się jak w filmie przyrodniczym, w którym cykl życia rośliny zatacza koło. Nie, w filmie byłoby mi za dobrze. Dzień się kończy a ja nie umieram. Zawisam w przestrzeni wypełnionej bezwładną masą. Nawet nie próbuje już walczyć. Kilka lat temu myślałem, że się uwolnię. Myślałem.

Rano, gdy otwieram oczy czuję jak wynurzam się z tej masy. Trwa to blisko godzinę, dopóki nie zorientuję się, że już jestem spóźniony. Nie mam świeżego startu. Nie zaczynam od nowa. Wszystko się ciągnie w nieskończoność. Powtarzać też się już przestało.

Stoję w miejscu. W rzece pełnej uczuć i emocji. Idę z prądem. Nie, chwila. Przecież to nie dla mnie. Odwracam się. Czuję jak rzeka na mnie napiera. Czuję jej siłę. Wiem, że tam coś jest. Może powinienem? Tam, do źródła. Poszukać tego, co tak mocno mnie męczy i rozsadza. Pójdę. Ale nie teraz. Boję się. Może dałbym radę, ale czuję, że to jeszcze nie czas. Nie ta pora. Nie to życie.

Wrzesień 2011 Styczeń 2011